„Najważniejsze podróże nie prowadzą do nowych miejsc. Prowadzą do nowego spojrzenia na samego siebie.”
Są miejsca, które odwiedza się dla pięknych zdjęć. Są takie, do których jedzie się z ciekawości, bo znalazły się w przewodnikach lub mediach społecznościowych. Są jednak również miejsca, które pozostają w człowieku na długo po powrocie do domu. Nie dlatego, że były spektakularne, ale dlatego, że pozwoliły na chwilę zatrzymać świat.
Takim miejscem okazała się dla mnie Wat Tham Suea, czyli Świątynia Tygrysiej Jaskini, położona w prowincji Krabi na południu Tajlandii.
Jako podróżnik od lat fascynujący się kulturą Dalekiego Wschodu i praktykujący sztuki walki zawsze szukam miejsc, które pozwalają zrozumieć filozofię budo nie z książek, lecz poprzez doświadczenie. Świątynie, klasztory i górskie sanktuaria od wieków były przestrzenią, gdzie wojownicy i mnisi spotykali się na tej samej drodze – drodze prowadzącej do poznania samego siebie.
Nie przypuszczałem jednak, że jedną z najcenniejszych lekcji otrzymam podczas zwykłego wejścia po schodach.
Droga zaczyna się u podnóża góry
Poranek był jeszcze młody. Powietrze pachniało wilgotną ziemią i tropikalnym lasem, a pierwsze promienie słońca przebijały się przez korony drzew otaczających świątynię. Panowała cisza, którą od czasu do czasu przerywał śpiew egzotycznych ptaków i ciche dźwięki dzwonków poruszanych przez wiatr.
Przede mną wyrastały schody.
Nie wyglądały groźnie.
Dopóki nie spojrzałem w górę.
Kamienne stopnie zdawały się znikać gdzieś wysoko pomiędzy drzewami, prowadząc ku miejscu, którego jeszcze nie było widać. Wiedziałem tylko jedno – aby dotrzeć na szczyt, trzeba pokonać 1260 schodów.
Ta liczba działa na wyobraźnię.
Ale dopiero pierwsze kilkaset stopni pokazuje, co naprawdę oznacza.
Początkowo ciało pracuje lekko. Oddech jest spokojny, nogi pełne energii, a umysł skupiony na celu. Z każdym kolejnym metrem tropikalna wilgoć zaczyna jednak przypominać, że natura nie rozdaje nagród za darmo. Koszulka staje się mokra od potu, serce przyspiesza, a mięśnie nóg zaczynają coraz wyraźniej protestować.
Schody przypominające drogę budo
W języku japońskim słowo budo oznacza „drogę wojownika”. Nie chodzi jednak o drogę prowadzącą do zwycięstwa nad przeciwnikiem, lecz o drogę prowadzącą do zwycięstwa nad własnymi słabościami.
Idąc kolejnymi stopniami Wat Tham Suea, coraz mocniej odczuwałem, że góra uczy dokładnie tego samego, co dojo.
Nie warto patrzeć na sam szczyt.
Wystarczy zrobić następny krok.
Potem kolejny.
I jeszcze jeden.
Tak samo powstaje każde kata.
Tak samo rodzi się mistrzostwo.
Nie dzięki jednemu wielkiemu wysiłkowi, ale dzięki tysiącom drobnych, często niewidocznych kroków wykonywanych każdego dnia.
Po kilkuset schodach przestałem liczyć.
Nie interesowało mnie już, ile ich zostało.
Liczył się tylko rytm oddechu.
Kiedy oddech staje się medytacją
Im wyżej prowadziła droga, tym bardziej zmieniało się moje spojrzenie.
Na początku chciałem jak najszybciej wejść na górę.
Po pewnym czasie przestało to mieć znaczenie.
Oddech sam odnalazł spokojny rytm. Każdy krok naturalnie łączył się z wdechem i wydechem, a myśli, które jeszcze przed chwilą krążyły wokół codziennych spraw, zaczęły powoli cichnąć.
Nie było już planów.
Nie było telefonów.
Nie było pośpiechu.
Była tylko droga.
To właśnie w takich chwilach człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego w tradycji sztuk walki ruch i medytacja nigdy nie były od siebie oddzielone. Medytacja nie zawsze oznacza siedzenie z zamkniętymi oczami. Czasem rodzi się podczas świadomego stawiania kolejnych kroków.
Każdy oddech oczyszczał umysł równie skutecznie, jak wielogodzinna praktyka zazen.
Spotkanie z ciszą ponad koronami drzew
Ostatnie stopnie prowadzą na platformę, gdzie siedzi monumentalny złoty Budda, spoglądający spokojnie na rozległą równinę Krabi.
Trudno opisać pierwsze wrażenie.
Nie dlatego, że widok jest piękny.
Pięknych miejsc na świecie jest wiele.
Tutaj zachwyca przede wszystkim przestrzeń.
Przed oczami rozciąga się bezkres zieleni. Tropikalny las przeplata się z polami, niewielkimi drogami i zabudowaniami, które z tej wysokości wyglądają jak miniaturowe elementy krajobrazu. Nad całością unoszą się ciężkie chmury, przez które przebijają promienie porannego słońca, malując na ziemi złote smugi światła.
To krajobraz, którego nie trzeba upiększać.
Natura zrobiła to sama.
Usiadłem kilka metrów od posągu Buddy.
Nie po to, aby odpocząć.
Po prostu nie chciałem już nigdzie iść.
Kilka minut, które zmieniają więcej niż kilka lat pośpiechu
Siedząc na ciepłych płytach tarasu, zamknąłem oczy.
Wiatr delikatnie chłodził rozgrzane ciało.
Oddech powoli zwalniał.
Po intensywnym wysiłku mięśnie były zmęczone, ale umysł zaskakująco spokojny.
To uczucie zna każdy, kto regularnie praktykuje sztuki walki.
Po dobrym treningu ciało jest wyczerpane, a głowa niezwykle lekka.
Znikają niepotrzebne myśli.
Nie dlatego, że zostały pokonane.
Po prostu przestają mieć znaczenie.
W tej ciszy łatwo zrozumieć, dlaczego mnisi od wieków wybierali góry jako miejsce swojej praktyki. Im wyżej człowiek wchodzi, tym mniej słyszy hałasu świata i tym wyraźniej zaczyna słyszeć samego siebie.
Czego naprawdę uczy Wat Tham Suea?
Schodząc ze szczytu, zrozumiałem, że ta wyprawa nigdy nie była wyłącznie wejściem na górę.
Była lekcją cierpliwości.
Pokory.
Uważności.
Każdy kolejny krok wzmacniał ciało, świadomy oddech uspokajał umysł, a chwile spędzone w ciszy przypominały, że największa siła nie rodzi się z napięcia, lecz z wewnętrznej równowagi.
W codziennym życiu często próbujemy wszystko przyspieszyć. Chcemy szybciej pracować, szybciej osiągać cele, szybciej odpoczywać. Tymczasem góra uczy czegoś zupełnie odwrotnego. Nie pozwala się pospieszać. Zmusza do znalezienia własnego rytmu i zaakceptowania faktu, że nie wszystko da się zdobyć natychmiast.
To właśnie dlatego takie miejsca pozostają z człowiekiem na długo po zakończeniu podróży.
Świątynia, która żyje własnym rytmem
Po powrocie na dół nie miałem ochoty od razu opuszczać kompleksu świątynnego.
Spacerowałem powoli pomiędzy kaplicami i posągami Buddy, obserwując mnichów, którzy bez pośpiechu wykonywali swoje codzienne obowiązki. Zapach kadzideł mieszał się z wilgotnym powietrzem dżungli, a odgłosy natury tworzyły niezwykłą harmonię z dźwiękami świątynnych dzwonów.
Nie było tu tłumu spieszących się ludzi.
Nie było nerwowości.
Każdy zdawał się poruszać w rytmie własnego oddechu.
To właśnie wtedy pomyślałem, że prawdziwa filozofia Wschodu nie kryje się w księgach ani w pięknych cytatach. Żyje w prostych czynnościach wykonywanych z pełną świadomością – w spokojnym spacerze, filiżance herbaty, ukłonie przed wejściem do świątyni czy uważnym postawieniu kolejnego kroku.
Droga, którą warto przejść choć raz
Opuszczając Wat Tham Suea, nie miałem poczucia, że odwiedziłem jedną z najpiękniejszych świątyń Tajlandii.
Miałem wrażenie, że uczestniczyłem w lekcji, której nie da się przeprowadzić w sali wykładowej.
1260 schodów okazało się czymś więcej niż drogą prowadzącą na szczyt.
Stały się metaforą życia.
Każdy z nas każdego dnia wspina się na własną górę. Czasami są nią obowiązki, czasami trudne decyzje, a czasami walka z własnymi ograniczeniami. Najważniejsze jest jednak to, aby nie zatrzymywać się zbyt długo i pamiętać, że nawet najdłuższa droga składa się z pojedynczych kroków.
Jeżeli kiedykolwiek znajdziesz się w Krabi, nie traktuj Wat Tham Suea jak kolejnego punktu na mapie atrakcji turystycznych. Wejdź powoli. Zatrzymuj się. Oddychaj świadomie. Usiądź na chwilę obok złotego Buddy i pozwól sobie na kilka minut ciszy.
Być może odkryjesz wtedy to samo, co odkryłem ja – że najpiękniejsze widoki nie zawsze rozciągają się przed naszymi oczami. Czasem pojawiają się dopiero wtedy, gdy spojrzymy w głąb siebie.

